Kilkanaście dni temu – niemal wszyscy – prezydenci miast skupionych w Unii Metropolii Polskich podpisali się pod listem mówiącym o chęci współpracy (z przedsiębiorcami, uczelniami, kościołami i władzami centralnymi) przy rozwiązywaniu problemów migracji i integracji przybyszów. Tej deklaracji nie podpisał jedynie Prezydent Katowic – Marcin Krupa. O tym jakie są zagrożenia i korzyści z przyjmowania imigrantów przeczytacie w rozmowie z dr Rafałem Cekierą z Uniwersytetu Śląskiego.

Sebastian Pypłacz: Czy Ślązacy są gościnni?

Rafał Cekiera: Z całą pewnością można postawić taką tezę. Gościnność bywa traktowana jako istotny element śląskiej tożsamości. Świetną tego ilustracją są wyniki badań prowadzonych przez dr Adama Pisarka w miejscowości Łąka pod Pszczyną, które w ubiegłym roku opublikowane zostały w książce „Gościnność polska”. Doktor Pisarek wnikliwie analizuje w niej wymiary i kulturowe konteksty gościnności, ich długie trwanie oraz silne społeczne umocowanie. Zresztą – jak pokazują badania CBOSu – chcemy wierzyć w to, że gościnność w ogóle jest wyróżnikiem Polaków. Lubimy o sobie myśleć jako o nacji, która jest znacznie bardziej gościnna niż Czesi, Słowacy, Niemcy czy Białorusini. Obawiam się jednak, że w ostatnim czasie ta polska gościnność niebezpiecznie przeobraża się w misoksenię – czyli niechęć nawet w stosunku do tych obcych, którzy potrzebują naszego wsparcia. Deklaracje odmowy jakiejkolwiek pomocy uciekającym przed wojną, prześladowaniami czy biedą stają się swego rodzaju normą i są traktowane jako przejaw tak zwanego zdrowego rozsądku. To bardzo niebezpieczne, na wielu zresztą poziomach.

Skąd się bierze ta zmiana?

Jak rzadko kiedy możemy łatwo zidentyfikować okres, w którym ona nastąpiła. Jeśli wczytamy się w wyniki regularnie prowadzonych przez CBOS badań dotyczących gotowości do przyjęcia uchodźców, gwałtowny zwrot nastąpił w bardzo krótkim odcinku czasu – pomiędzy majem a październikiem 2015 roku. Co się wtedy działo? Nie było wówczas w Europie żadnych zamachów terrorystycznych, ale był to w Polsce okres dwóch kampanii wyborczych – prezydenckiej i parlamentarnej. Zbiegły się one w czasie z apogeum kryzysu migracyjnego, co w fatalny sposób wpłynęło na poziom debaty o uchodźcach i zostało cynicznie wykorzystane w politycznej rozgrywce. Późniejsze zamachy w Paryżu czy Brukseli, szybko połączone przez polityków z kryzysem uchodźczym, tylko utrwaliły postawy Polaków. Uchodźcy i imigranci stali się paliwem do bieżącej gry politycznej, a zarządzanie strachem zdaje się być obecnie jednym z głównych pomysłów na zdobywanie poparcia społecznego.

Zmierza to w złym kierunku. 

Tak, bo ewentualna katastrofa społeczna, którą nas straszą niektórzy politycy, grozi nam nie ze strony uchodźców, których w Polsce mamy znikomą liczbę, ale z powodu tego, co się wokół tej kwestii dzieje. Degeneruje i barbaryzuje nas jako wspólnotę odhumanizowany sposób rozmowy o uchodźcach, odrażający i gorszący. Oprócz polityków znaczący wpływ na niego mają także media społecznościowe, w których toczone są dyskusje na temat uchodźców i imigrantów. Liczne badania pokazują, że właściwie trudno mówić tu o jakiejś formie debaty – jest to raczej jednostronny, oparty o emocje, wrażenia i budowane na ich podstawie memy hejt. Wiedza ekspercka czy rzetelne dane nie tyle są drugorzędne, co zupełnie przestają mieć znaczenie. To jedna z przyczyn faktu, iż najbardziej sceptyczną względem uchodźców grupą są młodzi Polacy – między 18 a 35 rokiem życia. A przecież wydawałoby się, że to kategoria wiekowa najbardziej odważna, otwarta na świat i ciekawa innych.

Przytoczę jeden znaczący przykład tego mechanizmu. W okresie apogeum kryzysu migracyjnego Komitet Badań nad Migracjami PAN, zrzeszający najlepszych znawców problematyki w Polsce, posiadających znamienity dorobek naukowy, wystosował krótką odezwę. Była ona napisana bardzo przystępnym językiem, zreferowano w niej najważniejsze fakty związane z kryzysem w kontekście naszego kraju. Mniej więcej w tym samym czasie na Facebooku jakaś anonimowa blogerka napisała, że – cytuję – nie da sobie kitu wcisnąć, bo ma kuzynkę, która widziała z okna jak kryzys migracyjny wygląda w Grecji i we Włoszech, a wygląda bardzo źle, i tak dalej… Było to napisane w stylu klasycznej, nieweryfikowalnej plotki. Miesiąc później sprawdziłem w wyszukiwarce zasięg, jaki osiągnęły oba te teksty w internecie. Anonimowany wpis był widoczny pod 2850 linkami, stanowisko ekspertów – pod ledwie siedmioma. To pokazuje w jaki sposób rozmawiamy, a właściwe jak nie rozmawiamy o uchodźcach i imigrantach.

Czym właściwe jest gościnność?

Słownikowe definicje kojarzą to pojęcie z troskliwym przyjęciem, otwarciem, serdecznym i przyjaznym stosunkiem do przybyszów. Upraszczając, wyróżnić możemy dwa nurty w myśleniu o gościnności. Pierwszy, który łączyć można z nazwiskiem Jacquesa Derridy, opiera się na założeniu, że ktoś prawdziwie gościnny nie stawia żadnych wstępnych warunków przybyszowi. Nurt drugi zakłada za Immanuelem Kantem, że gościnność wymaga obustronnego ograniczenia – zarówno ze strony przyjmującego gospodarza, jak i przybysza. Udzielający gościny zgadza się na zakłócenie dotychczasowej rutyny, gość zaś podporządkowuje się obowiązującym w nowym miejscu regułom. O praktycznych korzyściach płynących z tego dostosowania wspominał już przed wiekami Homer, pisząc w „Iliadzie”, że „tylko nierozumny albo nikczemny wyzwie na zawody człowieka, który dał mu gościnę wśród obcego ludu: sam by siebie we wszystkim pokrzywdził”. Charakterystyczne, że w tej naszej migracyjnej pseudodebacie przedstawia się problem tak, jakbyśmy nie mogli niczego od przybywających osób oczekiwać. Ta strona, która mówi, że powinniśmy zamknąć granice, nie przyjmuje wariantu, że przecież możemy pomagać uchodźcom czy przyjmować imigrantów na określonych warunkach. Skorzystać możemy w tym zakresie z dobrych i złych doświadczeń innych państw. Polityka migracyjna nie jest kwestią prostą, z pewnością ani czarne, ani różowe okulary nie są dobrym wyjściem – pokazuje ten problem na przykład wydana niedawno książka „Moraliści” Katarzyny Tubylewicz, referująca szwedzkie doświadczenia w tej materii. Z tym zagadnieniem trzeba się jednak zmierzyć, zaczynając od uczciwej rozmowy, biorąc pod uwagę także opinie osób, które mają – naturalne przecież w kryzysowych sytuacjach – obawy. Ważne jest odpowiedzialne i efektywne zarządzanie procesami migracyjnymi. Środowisko badaczy migracji od wielu lat domagało się stworzenia systemowych założeń polskiej polityki migracyjnej. Taki dokument został przyjęty w 2012 roku, jednak w marcu bieżącego roku decyzją Rady Ministrów go unieważniono.

Tymczasem przed kwestiami związanymi z migracjami nie uciekniemy. Myślę, że prawdziwym wyzwaniem jest znalezienie uczciwego balansu między gościnnymi progami a progami gościnności. Niestety każda próba rozmowy na ten temat – jak np. ostatni list prezydentów miast skupionych w Unii Metropolii Polskich – jest rozgrywana politycznie czy wręcz przedstawiana jako noszące charakter zdrady narodowej zaproszenie „tysięcy islamistów” do Polski. W taki sposób zakrzykuje się debatę, a tymczasem wszelkie dane wskazują, że presja migracyjna będzie rosła.

Szczególnie podkreślić należy jedną kwestię: nie da się mówić o migracji bez pojęcia integracji – oba pojęcia trzeba wymawiać na tym samym oddechu. Potrzebujemy programów integracyjnych zarówno dla przybyszów-imigrantów ekonomicznych z Ukrainy, jak i potencjalnych przybyszów-uchodźców z Syrii. Skuteczna integracja będzie korzystna zarówno dla nich, jak i dla nas. Bardzo podoba mi się postulat biskupa Krzysztofa Zadarko, zajmującego się w Episkopacie Polski problematyką migracyjną. Zapytany o potencjalne referendum dotyczące przyjmowania uchodźców stwierdził, że zamiast niego powinniśmy raczej ogłosić konkurs na najlepszy program integracyjny.

Nie zgadzam się z twierdzeniem, że polityka migracyjna i integracyjna to wyłącznie domena instytucji centralnych. Wręcz przeciwnie – to lokalnie powinniśmy szukać skutecznych rozwiązań. Przecież właśnie na poziomie samorządów odbywać się będzie praktyczna integracja, pomoc z formalnościami, nauką języka i tak dalej. Tych kwestii nie rozwiąże się z poziomu Warszawy.

W debacie o uchodźcach bardzo często używa się pojęcia ubogacenie kulturowe, ale w znaczeniu skrajnie negatywnym. 

Pojęcie to faktycznie ma obecnie przede wszystkim ironiczny wydźwięk, jest też stałym elementem wielu drastycznych memów. Co ciekawe, migracje jako szansę na kulturowe ubogacenie opisywał w dokumentach kościelnych papież Jan Paweł II. Na marginesie, często chcąc unieważnić wołanie papieża Franciszka o pomoc uchodźcom określa się go mianem „lewaka”. Tymczasem w kwestiach migracyjnych jego nauczanie jest zupełnie zbieżne z tym, co głosili jego poprzednicy: Benedykt XVI czy Jan Paweł II.

A co się kryje za tymi słowami?

Każdy, kto przynosi nową wiedzę, nowe doświadczenia i nowe spojrzenie, może być cenny dla społeczności, do której przybywa. Oczywiście, od razu pojawia się zarzut związany na przykład z niektórymi przedmieściami francuskich miast, ale pamiętajmy, że wszystko należy robić z głową i racjonalnie. Wiara w to, że proces integracji sam się zadzieje była z pewnością naiwna, co potwierdziło się niestety w niektórych zachodnich miastach. Nie znaczy to jednak, że wielokulturowość jest czymś negatywnym. Pojęcie to jednak ma obecnie zły czas. Co ciekawe, jeszcze nie tak dawno wiele polskich miejscowości szukało elementów wielokulturowości w swojej historii i się nimi szczyciło. Obecnie zaś wielokulturowość staje się terminem przeklętym i groźnym. To również konsekwencje sposobu debaty na temat fantomowego w Polsce problemu uchodźców, która ma dewastujący wpływ na wszystko, co dotyczy mieszania się kultur.

Istnieją jakieś wzorcowe modele integracji?

Byłbym ostrożny z podawaniem konkretnych przykładów, bo wiele modeli wydaje się dobrze działać, ale ich prawdziwą skuteczność można ocenić dopiero po latach. Sporo badaczy obecnie z nadzieją patrzy na kanadyjską politykę integracyjną, która zdaje się przynosić pożądane, korzystne zarówno dla imigrantów jak i całego społeczeństwa efekty. Jest taka celna sentencja Maxa Frischa, która charakteryzuje błędy polityki migracyjnej na Zachodzie: „Proszono o siłę roboczą, a przybyli ludzie”. Fałszywe było myślenie, że przybyszom wystarczy jedynie zapewnić pracę. Imigranci mają przecież własne normy kulturowe, przywiezione z rodzimego kraju zwyczaje, mają wreszcie swoje plany czy sposoby spędzania wolnego czasu. To wszystko są obszary o których należy pamiętać, projektując działania integracyjne. I z pewnością należy zadbać o to, by umiejętnie zaznajomić przybyszów z ważnymi dla kraju przyjmującego regułami współżycia społecznego.

Czy przy przyjmowaniu imigrantów powinniśmy zakładać, że oni zostaną z nami na dłużej?

Tego z pewnością powinniśmy się starać dowiedzieć. Monitorowanie procesów migracyjnych na danym terenie to również zadanie władz samorządowych. Przykładem może być chociażby kwestia studentów-obcokrajowców, których całkiem sporo uczy się w Katowicach. Pytanie: czy chcemy, żeby zostali oni po studiach w Polsce i w naszym mieście? Pamiętajmy, że są to często osoby, które opanowały już język, zaadaptowały się do życia w mieście, zwykle mają też już doświadczenie zawodowe, gdyż większość z nich w trakcie studiów pracuje. Pytania kolejne: czy miasto robi cokolwiek, by te osoby zatrzymać? Czy władze samorządowe monitorują studentów zagranicznych pod względem kierunku ich studiów, posiadanych kompetencji, planów życiowych? Warto również mieć świadomość, że studenci-obcokrajowcy są potencjalnymi ambasadorami Katowic i regionu w swoich rodzimych stronach. Tak autentycznej kampanii wizerunkowej nie da się kupić za żadne pieniądze! Świetnie w tym obszarze radzi sobie na przykład Lublin. Wspierany przez miasto program „Study in Lublin” skutecznie zachęca obcokrajowców – nie tylko zza wschodniej granicy – do studiowania w tamtejszych szkołach wyższych.

W poprzednim semestrze miałem w jednej z grup zajęciowych na uniwersytecie dwie studentki z Gruzji. Kiedyś jedna z nich – bardzo dobrze mówiąca po polsku, niezwykle zaradna i przedsiębiorcza – podeszła do mnie z pytaniem: czy w autobusach w Polsce można rozmawiać tylko po polsku? Zdziwiłem się i dopytałem o szczegóły. Okazało się, że podczas trasy z akademików na Ligocie, kiedy dziewczyny rozmawiały między sobą po gruzińsku, wstała starsza kobieta i stanowczo je poinstruowała, że są w Polsce i tu mówi się po polsku. Gdy po kilku miesiącach wpisywałem tej Gruzince ostatnie zaliczenie do indeksu, zapytałem czy zostaje w Polsce. Odpowiedziała, że chce zostać w Polsce, ale nie w Katowicach, że raczej we Wrocławiu lub Krakowie. Czy sytuacja z autobusu wpłynęła na jej decyzję? Nie wiem. Ale z pewnością warto dbać w mieście o przyjazny stosunek i pozytywne nastawienie mieszkańców względem naszych zagranicznych gości.

Rozmawiał Sebastian Pypłacz.