1.

Przyjechać do Wilna i nie pójść do dzielnicy Zarzecze (lit. Užupis), to jak przyjechać do Krakowa i nie nawiedzić żydowskiego Kazimierza. Jak pojechać do Paryża i ominąć artystyczny Montmartre. Taką podroż, i mówię to z całą odpowiedzialnością i powagą, należy potraktować jako nieważną. Ba, podróż taka nie miała po prostu miejsca. De facto się nie wydarzyła. To podróż, którą, nazwijmy rzecz po imieniu, żadną miarą podróżą nazwać nie można.

I na nic pokazywanie zdjęć, jako niezbity dowód na to, że się w Wilnie było, bo przecież obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej za plecami. Próżne opowieści o zaułku Bernardyńskim przy Starym Mieście, gdzie mieszkał Adam Mickiewicz, a teraz znajduje się jego Muzeum. Zbędne opowieści, nawet te soczyste, a tych nie brakuje, z których niezbicie wynika, iż wieszcz spędzał tu i ówdzie intensywne wieczory, w czasie których – jak szepczą wileńskie kamienie – rozprawiał nie tylko o rzeczach boskich, ale ludzkich. Arcyludzkich!

Takiej podróży nie podobna wpisać do przeżyć, które pieszczą oczy, poruszają serce, pobudzają wyobraźnie. Jeśli więc byliście w Wilnie, a jakimś cudem pominęliście Zarzecze, albo, ulegając jakiemuś diabelskiemu podszeptowi, zabłądziliście prowadzeni przez wileńskie nocne duchy w inne rejony miasta niż Zarzecze, to Wasza strata. Albo, inaczej: nie popełniliście zbrodni, ale popełniliście błąd.

2015-05-11 18.38.13

2.

Na pocieszenie: ruszyć w podróż, by nie odbyć podróży, to nie jest sztuka aż tak wielka. To nawet banalnie proste jest przedsięwzięcie. Taka zmiana miejsca z punktu A do punktu B zwie się jednak nie podróżą, a wycieczką. Najlepiej, zorganizowaną, gdzie przewodnik/przewodniczka, z rutyną, opowiada o starym Wilnie, gdzie zalicza się kolejne punkty na mapie miasta, by zarazem miasta nigdy nie poczuć, Litwinów nie spotkać, tutejszej wódki z ciepłym chlebem nie zasmakować. A więc: wycieczka ma tyle samo sensu, co  kawa bez kofeiny, piwo bez alkoholu.

2015-05-14 15.34.00

3.

Tymczasem, jak mówi litewski poeta Tomas Venclova, „Wilno często jest określane jako ekscentryczne, dziwne, magiczne, mitotwórcze miasto, sprzyjające tworzeniu poezji”. Jeśli Wilno wywołuje takie uczucia, jeśli budzi ducha wolności, jeśli zaprasza do twórczości, do porzucenia sztywnych gorsetów, jeśli ściąga ludzi otwartych i twórczych to dlatego, że w Wilnie jest Zarzecze. A dokładniej: Republika Zarzecze!

To „nowe państwo”, w którym największą i najważniejszą wartością jest wolność, zostało proklamowane w dzień 1 kwietnia 1997 r. Proszę tylko, bo już widzę uśmiech na twarzy Czytelników, by nie zwiodło Was to, że 1 kwietnia, a więc prima aprilis. A więc: żart. Republika Zarzecze żadną miarą nie jest żartem. Jest państwem, ze swoją konstytucją, parlamentem, hymn, herbem i walutą. Ale nade wszystko jest miejscem, gdzie ekscentryczność jest normą, gdzie dziwaczność robi za zasadę, gdzie mity szepczą kamienie i mury, a poezje recytują tu bezdomni i pijacy. Powiedzieć, że metafizyką się tu oddycha, to nic nie powiedzieć.

Choć wolność jest naczelną zasadą Republiki Zarzecze, to nie znaczy, że nie ma tu zasad. Są, i to nawet ostre. Dotyczą stroju. Dokładniej: krawata. W ogóle pomysł, że jakiś turysta-biznesmen pod krawatem trafia do Republiki Zarzecze, jest ekstrawagancki, no ale – jak się rzekło – ekstrawagancja jest tu zasadą. Jak się już ktoś taki trafi, to w knajpie Użupio, która zarazem jest parlamentem, nie facet w krawacie nie dostanie wódki. Takiemu sztywnikowi sugeruje się tylko, by krawat – symbol formalności i dyscypliny, w Republice wolności i luzu, poezji i miłości – czym prędzej porzucił. W środku knajpy jest słup z dużym gwoździem, na którym krawat może powiesić. Oczywiście, po wypiciu kilku głębszych, krawat można zabrać. Któż jednak po zasmakowaniu pitnego miodu Suktins będzie pamiętał o krawacie? Będzie pamiętał, że przyjechał tu, do Wilna, na korporacyjną konferencje?

2015-05-11 18.07.13

4.

A na koniec zdradzę Wam tajemnicę. Na Zarzeczu, jakby powiedział Tadeusz Konwicki, z którego twórczości wileński duch przezierał w każdym skreślonym zdaniu i nakręconym filmie, „upadki są jakby głębsze, i wzloty jakby wyższe”. I dla tych najgłębszych upadków, i tych najwyższych wzlotów, podróż do Wilna trzeba odbyć. Choć raz w życiu. Nie wycieczkę, ale podróż.