– Przepraszam, gdzie jest dworzec PKS? – zaczepiła mnie obładowana torbami kobieta na ulicy Sokolskiej w Katowicach. Wskazałem brudny, blaszany budynek po drugiej stronie ulicy, za podniszczonym płotem, stojący w cieniu wybudowanej niedawno galerii handlowej. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Tak, dworzec PKS wygląda tak, że trudno uwierzyć, że jesteśmy w centrum metropolii z ambicjami.

Kilka lat temu pojawiła się informacja, że wyburzony zostanie główny dworzec kolejowy w Katowicach. To ten, który nazywany był pieszczotliwie Brutalem (w nawiązaniu do stylu, w jakim został wybudowany) i stał się bohaterem różnego rodzaju gadżetów. Minęło kilka lat, a w jego miejscu stoi twór wybudowany na wzór oryginału, ale z dobudowaną galerią handlową. Inną niż ta, w pierwszym akapicie, ale oddaloną od tamtej o kilkaset metrów.

Jeszcze inny dworzec w Katowicach (ale już poza centrum) był tak brudny, że grupa społeczników spontanicznie postanowiła go umyć. Z tego wspólnego prania brudów narodziła się fundacja Napraw Sobie Miasto.

Dworzec Warszawa Centralna kojarzy mi się tylko z gubieniem się pośród źle oznaczonych wyjść, które nadal potrafią wprowadzić mnie w maliny. Dworzec w Warszawie Wschodniej to wspomnienia związane z powrotami z warszawskiej Pragi, a Zachodni to smak schabowego, którego jadłem tam kiedyś o dziwnej porze dnia lub nocy.

Dworzec kolejowy w Porto oczarował mnie prostą organizacją, zrozumiałą dla kogoś nieznającego portugalskiego, oraz ozdobnymi kafelkami, które na ścianach poukładane były w olbrzymie niebiesko – białe obrazy. Zresztą podobnie ozdobione były całe miasto, ale dworzec można spokojnie potraktować jako wizytówkę Porto. Co innego dworzec autobusowy w tym mieście – ten mieścił się w brudnym i zniszczonym budynku. Kiedy wjeżdżały do niego autobusy, wyglądało to jakby je zjadał.

Dworzec kolejowy w Berlinie to wielopoziomowy przekładaniec różnych linii transportowych, a całość po prostu wprawa w osłupienie. Ogrom tego miejsca potrafi przyprawić o ból głowy, ale też wszystko jest tu poukładane. Czasami mam wrażenie, że u Niemców nawet bałagan jest przemyślany.

To nie rynek, ale dworzec jest sercem miasta, które pompuje podróżnych, tak jak prawdziwe serce pompuje krew w nasze organy. To tu wysiadają przyjezdni, to tu wyrabiają sobie pierwsze zdanie o mieście, to tu spotykamy znajomych, którzy biegną z lub do pracy. Jak okazuje się w powyższych akapitach – dworce potrafią też inspirować.

Najcześciej są brudne, nawet jeżeli ozdobne. Jeżeli są nowe to są skomercjalizowane do bólu – czasem nie ma nawet ławki, na której można by za darmo usiąść. Często wprost z peronu wchodzi się do galerii handlowej, a każda przestrzeń jest powierzchnią reklamową.

Zawsze są zatłoczone, rzadko bywają dobrze zorganizowane. Najczęściej przyjezdni się na nich gubią, a lokalsi poruszają stałymi trasami. Spotykają się tu bogaci i biedni, starzy i młodzi, uczniowie, pracownicy korporacji i bezdomni. Każdy kiedyś tu trafi – albo rozpocznie, albo zakończy podróż, albo będzie kogoś odbierał.

Sprawdzam objawy chorób serca. Większość artykułów podaje, że mogą być bardzo długo niewykryte, a potem objawiają się w sposób nagły. Podobno większość chorób serca sprowadzamy na siebie sami. W zasadzie tak samo objawiające się choroby trawią dworce naszych miast. Może czas zacząć dbać o nie tak jak dbamy o nasze serca, czyli systematycznie.