Jarosław Makowski: – Nie będę Cię pytał, czy masz zamiar startować w wyborach prezydenckich w 2020 roku. Kamień z serca spadł…?

Robert Biedroń: – Wielu pewnie spadł… Dobrze mi tam, gdzie teraz jestem, czyli w Słupsku. I na razie żadnych innych zamiarów nie mam. 

A poważnie: nie masz już dosyć tej prezydentury, czyli zajmowania się żle położonym chodnikiem, brakiem placu zabaw, kanalizacją…

Wprost przeciwnie. To mnie coraz bardziej wciąga. Polityka miejska jest cholernie praktyczna. Tutaj nie ma wielkiego pola na politykowanie. Trzeba rozwiązywać konkretne, ludzkie problemy. Z perspektywy warszawskiej polityki to może wydawać się prozaiczne. 

Jakie, Twoim zdaniem, jest dziś najważniejsze zadanie, które staje przed każdym prezydentem miasta czy burmistrzem? 

Radzenie sobie z brakiem realnej polityki miejskiej, ciągłymi zmianami w prawie, niedofinansowaniem, brakiem zrównoważonego rozwoju… Niby mamy konstytucyjny zapis o zrównoważonym rozwoju całego kraju, ale w praktyce nikt go nie przestrzega. Państwo funkcjonuje od przypadku do przypadku – decyzje są niespójne, podejmowane bez jakiejś głębokiej analizy czy strategii rozwoju kraju. Ostatnio sporo mówi się o „planie Morawieckiego”, ale przecież to kolejny plan, który powstał w zaciszu gabinetu jakiegoś polityka, bez konsultacji, współuczestnictwa społeczeństwa. No i to nadal tylko kilka slajdów… 

Przed Twoim pojawieniem się w Słupsku niewielu zapewne słyszało o idei „Miasta dla ludzi”. Od czego zaczyna się budowę miasta skrojonego na ludzką skalę?

Od odbudowy zaufania przez mieszkańców. Musimy zwrócić Polskę mieszkańcom, żeby uwierzyli w końcu, że ona należy do nich, a nie do polityków. Mamy dramatycznie niski odsetek zaufania społecznego czego pochodną jest brak zaangażowania społecznego, niską frekwencję w wyborach, itp. Jeśli mieszkańcy nie odzyskają prawa do swojego miasta czy gminy, ta patologiczna sytuacja nigdy się nie zmieni. 

IMG_9195
fot. Igor Nizio/UM

Jak przekonać mieszkańców, że przyjazne miasto, to nie są tylko parkingi, drogi czy zabetonowane rynki, ale także zieleń w mieście, ścieżki rowerowe, miejskie akcje?

Pokazując, że inne, bardziej przyjazne mieszkańcom miasto jest możliwe. Do tego trzeba odwagi w myśleniu i działaniu. Inaczej się nie da. Na szczęście mamy w Polsce wielu odważnych wójtów, burmistrzów i prezydentów, którzy są pionierami takich zmian – za nimi idą kolejni. Niektórzy budują sojusze, by się nawzajem wspierać i inspirować – ja działam np. w Ruchu Progresywnych Burmistrzów i Prezydentów. 

Jaką rolę w tym procesie pełni dialog z mieszkańcami? Na ile ich uwagi czy sugestie wykorzystujesz w codziennym zarządzaniu miastem?

Przy tak niskim zaufaniu społecznym do władzy dialog z mieszkańcami jest bardzo trudny. To efekt  między innymi wielowiekowej nieufności do władzy, która „nie była nasza”. Mieszkańcy więc często traktują próbę nawiązania dialogu nieufnie, jako kolejną okazję, żeby władza wykorzystała społeczeństwo. Ale ja się nie poddaję – na przykład wystawiam moją czerwoną sofę i rozmawiam ze słupszczanami. Pojawia się wtedy sporo pomysłów, wiele inspiruje. Ważne, żeby mieszkańcy mieli jednak świadomość, że ostatecznie to i tak radni lub prezydent podejmą decyzję. Ale w możliwie jak największej partycypacji mieszkańców. 

Każdy prezydent polskiego miasta mówi, że ma za mało „kasy”. Jakby miał jej więcej, to zbudowałby idealne miasto. Nie masz wrażenia, że czasami zbyt dużo pieniędzy w miejskiej kasie sprawia, że są wydawane bezmyślnie: aquaparki, lotniska czy stadiony?

Tak jest, ale sami sobie jesteśmy winni jako społeczeństwo. Wyniki wyborów pokazują, że cenimy sobie włodarzy, którzy pozostawią po sobie coś spektakularnego, wielkiego. Nie doceniamy organicznej pracy tych, którzy budują konsekwentnie zrównoważone miasto, spłacają długi (ilu z nas zna budżet lub zadłużenie miasta?), dbają o prozaiczne szczegóły? To my wpychamy włodarzy w ramiona mega- i gigantomanii. Nie traktujemy też racjonalnie budżetów naszych miast – każdy – radni czy mieszkańcy – widzi tylko czubek własnego nosa, ciągnąc tę krótką kołdrę w swoją stronę. 

Jeszcze wczoraj większość prezydentów mówiła, że miasto dla ludzi, o którym tyle mówią miejscy aktywiści to piękna idea, ale nie realizowana w praktyce. Tobie pomagają miejscy aktywiści. Czyli postulaty aktywistów można realizować?

Miejscy aktywiści są jednym z wielu aktorów miasta. Są inspiracją dla innych, pokazują, że mieszkańcy mają prawo do swojego miasta. To takie miejskie emancypantki, pokazują, że inne miasto jest możliwe. Wcześniej wyśmiewani, dzisiaj traktowani coraz częściej jak partnerzy w tworzeniu miast, mają wiele postulatów godnych uwagi i wdrożenia. 

Czy prezydent miasta powinien być charyzmatycznym liderem? Czy też dobrym zarządcą?

Pewnie i jedno, i drugie. Profesor Benjamin Barber, badacz miast, pokazuje, że najbardziej szczęśliwe miasta to takie, które rządzone są przez charyzmatycznych liderów z domieszką dobrego managera. 

Wymień proszę trzy rzeczy, dlaczego powinienem przeprowadzić się do Słupska?

Mamy najczystsze powietrze w kraju i jesteśmy praktycznie nad morzem. Ponadto mamy jednych z najszczęśliwszych mieszkańców w Polsce, no i chyba ciekawego prezydenta miasta…

———

Robert Biedroń jest prezydentem Słupska.