Nie jestem katowiczaninem z urodzenia. Mieszkam tu jednak od prawie pięćdziesięciu lat i nie wyprowadziłem się, choć miewałem takie możliwości. To moje miasto. Pamiętam, jak przeprowadziłem się tutaj z Bielska-Białej. Dla dziewięciolatka ze spokojnego miasteczka, jakim było wówczas Bielsko, Katowice jawiły się jako wielkie miasto. To był prawdziwy przeskok z domu z ogrodem w mieście, gdzie wszystko było na wyciągnięcie ręki, do kamienicy w prawdziwej metropolii. Katowice przytłaczały ruchem i wielkością. Tramwaje, samochody, tłumy ludzi na ulicach, neony nad sklepami. Neony dla mnie były specjalnie ważne, bo jeden z nich z napisem Biały Łabędź oznaczał, że blisko dom i wchodzę na oswojony przez siebie odcinek ulicy Kościuszki.

Stopniowo poznawałem miasto. Najpierw Plac Miarki, na który chodziło się bawić (kto dziś bawi się na tym placu), bo ciasne podwórko secesyjnej kamienicy temu nie sprzyjało. Potem „jedynka” na Jagiellońskiej, która przez sześć lat była drugim obok domu centrum mojego świata. Po drodze do niej cukiernia Karolaka, gdzie kupowało się ciepłe lody o niepowtarzalnym smaku i sklep na rogu, gdzie można było kupić bułkę z marmoladą na wagę.  I dalej plac z fontanną (dziś zamiast niej stoi pomnik Marszałka), gdzie najlepiej jeździło się na wrotkach. Najdalszą ekstensją przestrzenną był trawnik na placyku rowerowym (tam gdzie miało powstać Muzeum Śląskie) po drugiej stronie Parku Kościuszki. Tam właśnie grywaliśmy klasowe mecze w piłkę. Sam Park przytłaczał swą wielkością i poznałem go dopiero później. Bliżej domu była też Krzywa, która miała opinię ulicy mało bezpiecznej, brama z introligatorem, gdzie wpadaliśmy zbierając wyrzucane przez niego foliowe wytłoczki i cukiernia Capri z małymi babeczkami i najlepszymi cassatami w Katowicach.  To do dziś mocne punkty na mojej intymnej mapie miasta. Każdy z nas ma taką mapę, na której nasze wyobrażenia przestrzeni miasta kształtowane są nie tylko przez obecne doświadczenia, ale także przez wspomnienia. Nie ma już neonu z Białym Łabędziem i nie ma też winiarni Bachus, ale ja do dziś postrzegam miasto poprzez pamięć o tych miejscach. Może kiedyś wrócę do nich w badaniach przestrzeni Katowic.

Paradoksalnie Katowice jako mój obszar badawczy pojawiły się w Poznaniu. Wieczorna wizyta sprzed przeszło dwudziestu lat na tamtejszym rynku sprowokowała mnie, by bliżej się przyjrzeć temu, jak funkcjonuje rynek mojego miasta i dlaczego nie ma na nim takiej atmosfery, jak na poznańskim rynku. Przeprowadziłem kolejne badania, które najpierw dokumentowały poważny kryzys przestrzeni publicznych mojego miasta, a później zachodzące w nich zmiany. Wielokrotnie pisałem o tym i wypowiadałem się w mediach. Z jednej strony cieszyłem się, że coś w Katowicach się zmienia, z drugiej zaś strony byłem krytyczny, bo te zmiany nie były na miarę moich oczekiwań. Od miejsc, z którymi czuję się związany oczekuje więcej niż od innych. Chciałoby się, by w moim mieście pojawiły się klimaty i rozwiązania, z którymi można się spotkać podczas polskich i zagranicznych podróży. Chciałoby się, by moje miasto zmieniało się w duchu nowoczesnego myślenia o kształtowaniu przestrzeni publicznej. A tu co prawda, chłonąłem klimat karnawału pierwszych lat Mariackiej (szkoda, że dziś jest to tylko miejsce do picia piwa i utraciło swe atuty z początków funkcjonowania) i z rozbawieniem kontemplowałem palmy nad sztuczną Rawą, równocześnie jednak martwiąc się obecnym w Katowicach naiwnym myśleniem o miastotwórczej roli centrów handlowych i ślepą wiarą w powtórzenie efektu Bilbao.  Podziwowi dla architektury NOSPRU, Centrum Kongresowego i Muzeum Śląskiego, towarzyszyła krytyczna ocena urbanistycznego potencjału strefy kultury, który jak trafnie zauważył Grzegorz Piątek jest podobny potencjałowi Ikei.  Witam z radością nowe odcinki ścieżek rowerowych, ale jeżdżąc rowerem po moim mieście, zdaję sobie sprawę, że to nadal miasto dla samochodów, a nie dla pieszych i rowerów. Dużo się w śródmieściu zmienia. Jednak ciągle pojawia się, jakieś ale …

Katowice to jednak nie tylko centrum miasta. Śródmieście otoczone jest, jak to w miastach, które powstawały w okresie intensywnej industrializacji, dzielnicami. Kiedyś katowickie osady, takie jak Murcki, którym poświęciłem kilka lat badań, stanowiły odrębne i zamknięte w sobie światy. Życie toczyło się w osadzie, Katowice choć przestrzennie bliskie, to społecznie i kulturowo były dalekie. Wiele z tych dzielnic dotkniętych jest dziś poważnymi problemami. Upadły zakłady, wokół których toczyło się ich życie i trudno im odnaleźć się w nowej rzeczywistości.  To przypadek Szopienic, starej części Bogucic, Dąbrówki Małej. Udało się za to na Nikiszowcu, w moim magicznym miejscu, które od lat pokazuje studentom i osobom goszczącym w Katowicach. Stało się tak dzięki sile lokalnej społeczności, którą inspirowała grupa społeczników skupionych wokół Waldemara Jana. Przykład Nikiszowca pokazuje jak ważne jest zaangażowanie ludzi, którzy chcą naprawiać swoją ulicę, dzielnicę czy miasto. Dlatego jeżeli optymistycznie patrzę w przyszłość Katowic, to nie ze względu na rynek lub strefę kultury, ale przede wszystkim ze względu na ludzi, którzy angażują się w zmienianie mojego miasta. Optymizmem napawają mnie miejscy aktywiści z odradzającej się Koszutki, gdzie teraz mieszkam, młodzi ludzie z Inicjatywy Warszawska, społecznicy z Bona Fides i lokalni liderzy aktywizujący swoje społeczności. Wszyscy ci, którzy nie czekając na odgórne działania angażują się w naprawianie swojego miasta i sprawiają, że w naszym-moim mieście czujemy się coraz lepiej.