1.
Jechałem do Wenecji mając świadomość, że napotkam tu to wszystko, czego w niej nie znoszę: tłumy turystów wylewające się z każdej uliczki. Ich nieznośny gwar, który zamienia się z kolei w wibrujący w głowie szum – zagłuszający nie tylko myśli i możliwość kontemplacji miasta, ale też odgłos fal rozbryzgujący się o ściany domów i charakterystyczny skrzek mew.

Tyle, że kiedy jesteś blisko Wenecji, a ja byłem blisko, w Padwie, a więc kiedy jesteś blisko placu św. Marka, gdy wiesz, że masz ją, Wenecję, na wyciągnięcie ręki – czyli 20 minut pociągiem – nie możesz nie ulec tej pokusie. Musisz się jej poddać. Musisz do Wenecji wpaść. Choćby na chwilę. Choćby tylko rzucić okiem na przecinające miasto niczym ulice kanały. Zamienić słowo z symbolem miasta – bezczelnym gondolierem, królem wodnych ścieżek. A więc wpadasz tu, by dać się zachwycić. I, oczywiście, pokłonić miastu.

Nie przyjeżdżasz tu, bynajmniej, żeby wypić kawę. Ani, żeby zjeść dobry makaron. Lub skosztować lampkę wina. Nie, jedziesz do Wenecji, by zobaczyć cud świata, jakim jest ten skrawek ziemi, wyrosłego niczym feniks z popiołu miasta, które – gdy je widzisz – zmusza cię do krzyknięcia: cud! Tak, Wenecja jest dowodem na to, że cud jest możliwy na tym marnym łez padole. Cud zamknięty w architekturze, malarstwie, rzeźbie, muzyce. Oraz naturze.

IMG_3842

2.
Przyjechałem do Wenecji drugi raz w życiu. I znów to samo: turyści, turyści, turyści. Po godzinie tej męczarni, po przeciskaniu się między grupami Japończyków, przypominających zwarty i karny batalion żołnierzy robiący na rozkaz zdjęcia, a rozkrzyczanymi Amerykanami, wrzeszczącymi nawet w bocznej nawie Basilica di Santa Maria della Salute, powiedziałem: dość. Bo Wenecja nie jest miastem, w którym gubienie się w labiryncie uliczek jest czystą przyjemnością. Jest udręką. W Wenecji trzeba mieć jasny cel. I z precyzją go realizować. Bez względu na okoliczności. Moim celem była bazylika Santa Maria Gloriosa dei Frari. Postanowiłem więc, że dość zatrzymywania się po drodze. Skoro przyjechałem dziś do Wenecji, by zobaczyć Wniebowzięcie Tycjana, znajdujące się w głównym ołtarzu bazyliki, to już żadnych żadnych skoków w bok. Jak zaplanowałem, tak uczyniłem. Kiedy już znalazłem się w środku bazyliki, Tycjan nie pozostawia złudzeń: wątki teologiczne tego dzieła krzyżowały się z artystycznymi. Jakby tego było mało, w uszach pobrzmiewała mi muzyka Claudio Monteverdiego, którego grób znajduje się w lewej nawie bazyliki. Mnie nawiedziły dźwięki „Orfeusza”.

Po zrealizowaniu swojego głównego celu, jakim było zobaczenie obrazu Tycjana, rozsiadłem się wygodnie – o ile można wygodnie rozsiąść się na schodach bazyliki. I wtedy nawiedziła kolejna mnie myśl: „Co powiedziałaby Wenecja, tu i teraz, co powiedziałaby tym wszystkim, którzy, jak ja, korzystają z jej gościnności, przybywając nieproszeni, by się nią zachwycić”. Gdyby Wenecja umiała mówić, powiedziałaby chyba brutalnie i wprost, bez zbędnych ceregieli: „Jestem bardzo stara i cholernie zmęczona. Mam Was dość. Tych wszystkich, którzy tu każdego dnia przybywacie, by mnie zaliczyć, robiąc kilka zdjęć, wrzuconych potem do folderu: „podróże” i na Instagram. Mam serdecznie dość wrzeszczącej gawiedzi, która nic o mniej nie wie. Ba, która nic nie chce wiedzieć. Mam dość ignorantów, którzy korzystają z mojej gościnności, ale nic nie dają w zamian: ani swoje uwagi, ani skupienia, ani zachwytu, ani nabożności, jaka mi się należy. Jestem nerwowa, bo mam dość Waszej powierzchowność. Waszego braku poczucia, że jesteście w miejscy szczególnym i wyjątkowym. Tak, mam prawo się irytować, bo jestem stara i obolała. Dlatego mam do Was prośbę – przyjmijcie, proszę, ją ze zrozumieniem. Nie przyjeżdżające już do mnie. Nie chce Was już tu widzieć. Moja gościnność się też ma granice. Moja cierpliwość się wyczerpała. Moja otwartość się skończyła. Dajcie mi odpocząć. Odetchnąć. Choć przez chwilę. Tak, przed śmiercią potrzebuję ciszy. Potrzebuję spokoju. Mam nadzieje, że przyjmiecie moje wyznanie ze zrozumieniem. Wasza Wenecja”.

3.
Siedząc w cieni bazyliki Santa Maria Gloriosa dei Frari nasłuchiwałem z uwagą, co jeszcze mówią mury Wenecji. Co chce mi powiedzieć to umęczone, zadeptane, stare miasto. Bo nie jest prawdą, że miasta milczą. Mówią. A czasami, jak Wenecja, krzyczą. Trzeba tylko mieć uszy do słuchania. Mi weneckie mury wyznały, co następuje: „Chcę trochę spokoju”. Gdy to do mnie dotarło, przypomniałem sobie jeden z tekstów węgierskiego pisarza i podróżnika Sándora Máraia na temat Wenecji. Autor „Podróży” notował: „Wenecja należy do życia jak narodziny i śmierć. Każdy ma dwa miasta rodzinne. Jednym z nich jest Wenecja”.

Wyjeżdżałem z Wenecje mając świadomość, że już nigdy nie powrócę do mojego rodzinnego miasta. Nigdy. Odpoczywaj, Wenecjo. Ciesz się moją nieobecnością. Zostajesz na zawsze w mojej pamięci jako miasto utrudzone nadmiarem profanacji. Miasto, któremu należy się już tylko odpoczynek. Daje słowa, już nigdy Ci go nie zakłócę. Ale ty, Wenecjo, zostajesz w mojej pamięci. Piękna i dumna. Zabieram Cię ze sobą. W dalszą podróż.