Z wielką radością przyjąłem deklarację 12 prezydentów dużych polskich miast, że migrację trzeba wspierać. Poczułem dumę, że Katowice znajdują się wśród sygnatariuszy tej deklaracji. Zrobiło mi się przykro, gdy prezydent Marcin Krupa odciął się od tego stanowiska. Zawstydziłem się, że w moim mieście polityka bierze górę nad przyzwoitością.

Po pierwsze, otwartość to dla mnie tolerancja. Katowice były dla mnie miastem otwartym. Tutaj, już blisko 25 lat temu zacząłem uczęszczać do III Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza. Poza mną, w mojej klasie było kilka osób, które również dojeżdżały autobusami do szkoły z sąsiednich miejscowości. Dzięki wspaniałej atmosferze, którą stworzyła nam dyrekcja i nauczyciele, czuliśmy się swojsko.

Szanowano nasze odmienne korzenie. Nie traktowano nas, jak przybyszów z prowincji, którzy przyjechali brać lekcje w wielkim mieście. Odwiedzając kolegów i koleżanki w ich domach rodzinnych, nie dostrzegałem zasłoniętych firanek, zblatowanych elit i konserwatywnych „strasznych” mieszczan.

Po drugie, otwartość jest dla mnie szacunkiem dla innego. Inność to różnorodność. Jako człowiek pogranicza doświadczałem wielokrotnie w swoim życiu, że właśnie na otwartości i różnorodności należy budować. Kiedy miasto stwarza przestrzeń dla spotkania odmiennych punktów widzenia, sposobów myślenia i działania oraz kultur, staje się silniejsze. Społecznie i gospodarczo.

Sęk w tym, Katowice przestają być dziś magnesem dla kreatywnych jednostek, najprężniej rozwijających się i najbardziej dochodowych gałęzi przedsiębiorstw.  Potrafią zaoferować swoim mieszkańcom wysoki standard życia, urozmaicone rozrywki, swobodę realizowania siebie. Niestety, naukowcy i inżynierowie, wykładowcy uniwersyteccy, poeci i pisarze, artyści, artyści estradowi, aktorzy projektanci mody i architekci, przestają spotykać się ze zrozumieniem dla swoich nowatorskich pomysłów i rozwiązań. Katowice przestają się rozwijać, ponieważ zamykają się na obcych, różnorodność oraz wieloetniczność.

Po trzecie, otwartość jest elementem katowickiej pobożności. Pobożność nakazuje wsłuchiwanie się w głos biskupów i księży. Kilka tygodni temu, podczas procesji Bożego Ciała po ulicach Katowic, arcybiskup Wiktor Skworc powiedział: Procesja Bożego Ciała to nie widowisko, nie manifestacja, a ręka Kościoła z Chlebem na dłoni, wyciągnięta do wszystkich, zaproszenie skierowane do każdego człowieka, do migrantów i uchodźców również.

Bardzo zbudowały mnie słowa arcybiskupa, który odwołując się do nauczania św. Jana Pawła II przypomniał, że „każdy musi przyczyniać się do rozwoju dojrzałej kultury otwartości, która ma na uwadze jednakową godność każdej osoby i należytą solidarność z najsłabszymi”. Dalej wskazał, że kultura ta „domaga się uznania podstawowych praw każdego migranta”. – Do władz publicznych należy sprawowanie kontroli nad ruchami migracyjnymi, z uwzględnieniem wymogów dobra wspólnego. Przyjmowanie migrantów winno zawsze odbywać się w poszanowaniu prawa, a zatem, gdy to konieczne, towarzyszyć mu musi stanowcze tłumienie nadużyć – cytował dalej.

Dziś nie mam wątpliwości, że po ostatnich gestach prezydenta Marcina Krupy, jak nieprzyjmowanie projektu uchwały radnych PO i RAŚ oraz oświadczeniu o niepodpisywaniu deklaracji 12 prezydentów dużych polskich miast w sprawie migracji, Katowice nie zasługują na miano miasta otwartego. Katowice stają się twierdzą. Dla odmiany.